Student na praktykach w szpitalu czyli realia polskiej służby zdrowia.

Praktyki w szpitalu. Oddział położniczy, dzień pierwszy.

Zza grubo oszklonych drzwi spogląda na nas przyjemny lekki róż na ścianach, na podłodze kafelki jeszcze z dawnego ustroju ( kolor brudnej musztardy), na ścianach wiszą gazetki a na nich szpilkami przymocowane zdjęcia małych szkrabów. „ Jestem Michał i mam 8 dni” , „Prawda że przystojniak ze mnie?” I tym podobne. Wszystko po to by trochę rozluźnić przyszłe mamy i pokazać że są w dobrym dla nich i dziecka miejscu. Jedyną rzeczą na którą przyjemnie jest zawiesić oko to komplet kremowych skórzanych mebli – wygodne kanapy i fotele. To właśnie jest przedsionek matczyno-dziecięcego raju.

SALA PORODOWA

Dzięki łutowi szczęścia udaje nam się dostać na salę operacyjną, aby móc na żywo zobaczyć cesarskie cięcie. Do dyżurki wchodzi lekarz ( na oko 30-letni) i zaspanym wzrokiem szuka karty pacjentki. Za nim pojawia się następny, tyle że z dwa razy starszy. Patrzy z rozbawieniem na swojego kolegę i pyta:

– Ciekawy wieczór powiadasz?

– Polska przegrała. Nie spałem całą noc – odpowiada tamten.

Po chwili do pokoju zabiegowego wchodzi pielęgniarka oddziałowa i lustrując nas wzrokiem od stóp do głów, zatrzymuje się na Majce.

– Co ja mówiłam na początku? Nie malujemy się żadnymi cieniami do powiek, ani nie robimy kresek. Proszę w tej chwili do łazienki, doprowadzić się do porządku.

Nie to, żeby sama nie miała doczepionych paznokci pomalowanych wściekle różowym lakierem i kilku bransoletek podzwaniających za każdym jej ruchem. Do tego jasnoniebieski cień, który roztarła aż pod same brwi. No ale kto by się tam czepiał.

Po chwili czuję, że ktoś mnie łapie za rękaw, a raczej wbija mi się w niego szponami.

– Dziewczynki, idźcie i podłączcie kroplówkę na porodówce. Dziewczynę trzeba zasilić przed operacją.

Bierzemy opisaną kroplówkę, rękawiczki i udajemy się do wyznaczonej sali. Na łóżku leży dziewczyna. Na oko osiemnastoletnia. Jest bardzo drobna i osłabiona. Patrzy na nas zmęczonym wzrokiem i ciężko oddychając mówi:

– Przecież ja nie chcę tego dziecka. To była tylko jedna, głupia dyskoteka. Ktoś dosypał mi czegoś do szklanki, a ja zupełnie nic nie pamiętam – rozszlochała się, a jej ciałem zaczęły wstrząsać dreszcze.

Nagle z drugiego końca sali dał się słyszeć głos:

– Nawet nie wiesz co mówisz gówniaro. Staramy się z mężem o dziecko, a to już moje drugie poronienie. Jeśli jeszcze raz powiesz choć słowo to przysięgam, że cię zabiję.

Odpinamy łóżko i przewozimy przestraszoną dziewczynę na blok operacyjny. Położne patrząc na nią z dezaprobatą, wypełniają kartę. Daje się słyszeć stłumione szepty i chichoty z ich strony. Mało kogo obchodzi fakt, że dziewczyna prawie mdleje na łóżku.

– Ojciec gdzie? – pyta zaczepnym tonem jedna z położnych.

– Nieznany – szepcze przez łzy dziewczyna.

Po sali przechodzi ironiczny pomruk.

PORÓD

– Dajcie mi tu jakieś szmaty do cholery! Przecież ona mi się tu zaraz wykrwawi – krzyczy położna na pielęgniarki stojące obok.

Dziewczyna zaczyna przeć i po chwili ukazuje się główka dziecka. Zaraz potem traci przytomność, a położna dzwoni po lekarza prowadzącego.

Niespiesznym krokiem z kubkiem kawy w dłoni pojawia się w końcu lekarz. Odstawia kawę na szafkę i prosi wszystkich o odsunięcie się od łóżka. Po chwili przypierając się mocno nogami o podłogę, wbija z impetem  łokieć prosto w brzuch pacjentki. Słychać jej rozdzierający krzyk.

Witamy na świecie maluchu.

TEGO SAMEGO DNIA WIECZOREM.

Zajrzałam do sali. Dziewczyna poprosiła mnie o leki przeciwbólowe. Podeszłam do dyżurki pielęgniarki oddziałowej i zapytałam czy mogę jej coś podać. Spojrzała na mnie ironicznie, zagryzając pączka.

-Młoda jesteś, też taka byłam w Twoim wieku. Musi swoje poboleć, innego wyjścia nie ma. Ech młodzi, po co wy się sami pchacie w to gówno…

Weszłam do sali po raz drugi. Zwijała się z bólu leżąc na zakrwawionym prześcieradle. Te bóle jak powiedziały położne „ trzeba przecierpieć”. Wiedziałam że nijak nie mogę jej pomóc więc tylko stałam przy niej, ciągle i nieprzerwanie. Kilka razy zmieniłam jej prześcieradło. Mierzyłam temperaturę, robiłam zimne okłady,próbowałam uspokoić. I tylko stałam. Po zakończeniu naszej zmiany pożegnałam się i gdy usłyszałam ciche, prawie niesłyszalne

– Ja…ja nie mam nikogo, kto by tu do mnie mógł zajrzeć. Dziękuję

Chyba wtedy zrozumiałam, co znaczy satysfakcja z tego  zawodu.

CZTERY DNI PÓŹNIEJ

Julka – bo tak miała na imię dziewczyna jest szczęśliwa. Uśmiecha się i podpisuje kartę wyjścia. Swoje dziecko oddała kobiecie, z którą przebywała na sali. Przez uchylone drzwi widzę jak kobieta płacze ze szczęścia, tuląc maleństwo.

– Uwaga, pacjentka rodzi! – krzyczy ratownik medyczny.

Jaki cud zdarzy się tym razem?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *